![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
![]() ![]() |
dobiega końca! Zobacz trailer filmu "W poszukiwaniu
legendy" (WMV, 7 MB).
» Rejs Roku » Wyprawa Roku » "Stary" pokonał Przejście
» Powitanie "Starego" w Vancouver » Roald Amundsen
» Northwest Passage
ostatni etap: USA - Polska
poprzedni etap: Ameryka Pn i Pd
pozycja jachtu: zobacz mapę...
kontakt z załogą: tel. 0088 1631573710
![]() ![]() Dutch Harbor - Vancouver Dutch Harbor, spory port rybacki, położony na wyspie Unalaska to światowe centrum gorączki krabowej, która w tym roku przypadła na 13 października. Staliśmy tam chyba z pięć dni, żywiąc się w jednej z wielkich baz przetwórstwa rybnego i zwiedzając okolicę pożyczonym Ramem 3500 V8 Magnum. Chwalę sobie bardzo ten samochód, podobnie jak posiłek serwowany o północy, takie życie doskonale wpływa na moje samopoczucie. Wyspa porośnięta jest trawą z długimi liśćmi i nielicznymi krzewami. Jedyne drzewa to kilka uschniętych świerczków, które są miejscową atrakcją. Poza tym to w porcie pływają humbaki i lwy morskie a nad tym wszystkim latają orły polując na ryby. Pierwszy raz widziałem je z odległości kilku metrów, ach to bezlitosne spojrzenie hihihi. Pożegnaliśmy Kostka oraz kilku przyjaciół i ruszyliśmy w stronę odległego o 1700 mil Vancouver, wychodząc w morze razem z kutrami idącymi na kraby. Szybko wtopiliśmy się w monotonię życia na morzu. Przez pierwsze 5 dni mieliśmy wiatry sprzyjające z kierunków od północnego do zachodniego, raz silniejsze a raz słabsze, generalnie sielanka. Jedynie kurs ulegał niewielkim zmianom, kiedy próbując uspokoić własne sumienie starałem się schodzić z drogi nadciągającym jeden za drugim głębokim niżom, niosącym sztormowe wiatry i paskudną pogodę. Szczęśliwie większość z nich trzyma się południowego krańca Aleutów i zakręca na północ, wysyłając jedynie długą martwą falę w naszym kierunku. Życie jachtowe płynęło spokojnie, wachta za wachtą, posiłek za posiłkiem, rzadko rozmawialiśmy w mesie, ale nikt nie narzekał zajęty własnymi sprawami. Starałem się dużo czytać, Arlo, jachtostopowicz z Nome komponował kolejne piosenki na swoją nową płytę, chociaż i tak większość czasu spędzaliśmy w kojach starając się jakoś zabić kolejne godziny. Moja normalna wachta na jachcie idącym samosterownie wygląda następująco. Siedzę sobie w nawigacyjnej, rzut okiem na radar, wychodzę na pokład, sprawdzam, czy maszt jeszcze stoi i jak długo da radę, widnokrąg pusty jak zawsze, wracam do kabiny i patrzę się w sufit. Po 10 minutach stwierdzam, że nie ma tam nic interesującego i przenoszę wzrok na podłogę, podziwiając odciski mokrych stóp...hoho wygląda, że to moje. Teraz rzut okiem na C-Mapa, zoom out, zoom in, ciekawe kiedy w końcu się zepsuje, na GPS jak zawsze 6 węzłów, inaczej uruchomilibyśmy silnik, radar pusty i znowu oglądam sufit, ale tym razem dokładniej. I tak minęło pół godziny. Herbata wymaga już zbyt wiele fatygi. 18 października, jak co dzień zresztą, o godzinie 1217 odbieram HF-Fax z prognozą pogody. Wygląda na to, że idzie kolejny niż i nie będzie już łatwo mu uciec. Warto jednak spróbować, 20 stopni w prawo i już baksztagiem wiejemy przed niżem, chociaż niebo wygląda paskudnie a wiatr powoli się wzmaga. Fala nadchodzi z każdego kierunku, piętrząc się i przewalając ciężko po szarym oceanie. Wieczorem mamy już regularny sztorm, porywy wiatru dochodzą do 35 węzłów, wielkie góry wody w nieregularnych odstępach nacierają na jacht od rufy. Rozglądając się po pustym morzu widzę pojedyncze sztuki, wiele większe niż normalne fale w tych warunkach. Co najgorsze idą one z zupełnie innych kierunków. Jednakże jacht radzi sobie doskonale, siedzimy w mesie słuchając muzyki i podgryzając mielonkę posmarowaną obficie chrzanem., zaraz też pójdę spać. Pierwsze ostrzeżenie przychodzi nagle. Jacht pod uderzeniem fali zatacza się w głębokim przechyle. Woda hektolitrami przelewa się przez kokpit. Leżąc w koi widzę jak przez wywietrznik średnicy 15cm wielki strumień leje się wprost na nogi mojego śpiwora. Spoglądam w dół na Dominika i widzę jego smutną twarz, na jego nogi też się leje, spoglądam na wywietrznik a tam dalej się leje. Przytulna kabina w ciągu minuty zmieniła się w obleśne bagno. Wszystko mokre, a jak wiadomo rzeczy zamoczone w morskiej wodzie już nie wyschną. Cóż czas się ewakuować. Dominik rozkłada koje w mesie a ja ratuję resztki dobytku ze swojej koi. Obracam materac, przykrywam go carimatą, ale w zapasowym śpiworze najpierw wejdę do wielkiego worka na śmieci zanim na nowo spróbuje się ułożyć do snu. Przyjemne ciepło zaczyna rozchodzić się po przemoczonym ciele kiedy czuję, że prędkość jachtu gwałtownie wzrasta. Na zewnątrz słychać syk spienionego grzywacza, kadłub cały wibruje i gwałtownie powalony kładzie się na lewą burtę. Do razu ląduje na suficie, a później powoli po ścianie przetaczam się z powrotem na koję. Nie jestem pewny co się do końca stało, jednym ruchem zrzucam śpiwór i po kilku sekundach jestem już w mesie. W oczy rzuca się potworny bałagan. Wszystkie połogi podniesione, stosy walających się rzeczy. Prawie nie myśląc otwieram skrzynię z kamerą, która przyleciała tu z koi filmowej i kręcę pobladłych chłopaków i cały ten koszmarny bałagan. A więc jednak stało się. Stary przewrócił się na lewą burtę około 120-130 stopni. Dominik sprawdza czy maszt jeszcze stoi, a Sławek już ubiera się w sztormiak, żeby ratować resztki dobytku na pokładzie. Nie przypuszczając, że spędzę w nich kolejny tydzień, ubieram ciepłe spodnie od Arla i ruszam za Sławkiem na pokład. Nie nogę się przyzwyczaić do braku owiewki, która leży teraz zaklinowana pod kołem sterowym. Starając się brać na pokład możliwie mało wody, steruję spoglądając co chwilę na Sławka starającego się zatkać dziurę na rufie po wyrwanym wentylatorze. Wiemy już, że poza owiewką zmyło zbiorniki z paliwem i żagle. Silniki od pontonu udało się w ostatniej chwili na nowo przymocować. To cud, że maszt jeszcze stoi, chociaż w świetle reflektorów salingowych widzę, że są one pełne wody. Na dole Dominik z Arlem sprzątają mesę, Jacek z Agnieszką starają się poukładać co się da na rufie, wszyscy działają sprawnie i szybko, zdecydowanie adrenalinka ułatwia żeglowanie. Sławek co chwilę stoi po pas w wodzie i walczy z namokniętymi pasami, jednak widzę, że powoli zaczyna się uśmiechać, w końcu taka przygoda nie zdarza się często, a my już po i to ze stosunkowo małymi stratami... Później siedzimy wszyscy w mesie i staramy się dojść do tego co tak właściwie się stało, badając poszlaki w postaci wielkiej ilości drobiazgów zaklinowanych w przedziwnych miejscach. Mieszkańcy z rufy jednak nie wracają do siebie, wolą siedzieć w wąskim kambuzie, plecami do ściany, widać nikt już nie ma ochoty na loty w otwartej przestrzeni. Ja też na Tzu Hanga bym nie wsiadł, oj nie ma mowy! Rano ocean zaczął już się powoli uspokajać, chociaż dopiero teraz zobaczyłem te fale idące z południa, w nocy rzeczywiście musiała tu być kipiel. Idziemy całą następną dobę na silniku, wiatr odkręcił i mamy ostry bajdewind, czyli idealny kurs, żeby uciekać przed kolejnym niżem, którego obecność czuć coraz bardziej. Przy każdym głębszym przechyle, zapieramy się i spłoszonym wzrokiem szukamy dogodnego miejsca do lądowania. Poprzedniej nocy, jeszcze przed wywrotką, Arlo pytał się mnie, na ile jest źle. Odpowiedziałem, ze w skali 1-10 to tak na 3, później obaj zgodnie stwierdziliśmy, że było koło 7. Arlo jako jedyny nie wypadł z koi, tylko wisiał głową w dół, zaklinowany nogami. Kiedy jacht się wyprostował, poczuł w ciemności, że trzyma coś w ręce. Była to figurka, przypominająca Mojżesza, która później okazała się Gandalfem Bez Ręki, przywiezionym jeszcze przez Jendroszcza. Ale sam fakt pozostawił głęboką rysę na psychice naszego jachtostopowicza. Nawet śpiewając w rytm swojego ukelele, jakby bardziej zawodził. Płynąc spokojnie w kierunku północnego krańca Vancouver Island, doszliśmy do wniosku, że poprzez zerwanie anteny HF, co pozbawiło nas aktualnej prognozy pogody, płyniemy w stylu "dzieci we mgle" co jest mniej stresujące niż "niżowa loteria". Pogoda poprawiała się z dnia na dzień, i w momencie kiedy wyszło słońce, na horyzoncie ukazał się zarys brzegu. Zbliżając się stwierdziliśmy, że jest on porośnięty pięknym świerkowym lasem, pierwsze, prawdziwe drzewa po 5 miesiącach. Już po ciemku weszliśmy w cieśninę biegnąca wzdłuż całego wschodniego brzegu Vancouver Island, znaną z prądów pływowych dochodzących do 18 węzłów w miejscu nazwanym Seymour Narrows. Akurat trafiliśmy w slack, czyli moment, pomiędzy przypływem a odpływem i szybko dotarliśmy do Port Hardy, gdzie na pomoście czekał już Kostek, który dotarł tego samego dnia, przy użyciu samolotu i wielu samochodów. A ktoś powie, że jacht powoli pływać. Mając jeszcze kilka dni zapasu do planowanego powitania w Vancouver, postanowiliśmy odpocząć nieco w tej najpiękniejszej części BC. Okazało się, ze nie będzie odprawy telefonicznej i musimy płynąć do oddalonego o 100 mil Campbell River. Korzystając z prądów pływowych pokonaliśmy tę trasę w 15 godzin, żeby po szybkiej odprawie zejść w końcu na Kanadyjski ląd. W końcu zaczyna działać komórka, a fakt, że w każdej chwili mogę napisać do oddalonego o 8000 tysięcy mil Misiaka powoduje, że zapominam o ostatnich 11 dobach trudnej i nieprzyjemnej żeglugi. Dwa dni staliśmy, przygotowując jacht i siebie na wpłynięcie do Vancouver. Z okazji zbliżającego się Haloween, miała odbyć się tam wielka parada, w której również chcieliśmy wziąć udział. Przepłynęliśmy więc do Horseshoe Bay, już na przedmieściach stolicy BC. Na paradę ubraliśmy nasze czerwone sztormiaczki, które budziły powszechną sensację i salwy śmiechu. Myślę, że jest to doskonała rekomendacja dla ich producenta. Kiedy zaczęło padać, całą ulicę dosłownie wymiotło, bo każdy typ z dynią na głowie raczej nie lubi niepotrzebnie namakać. Pustymi ulicami wróciliśmy do centrum, skąd autobusem na jacht, aby następnego dnia od rana przygotowywać go do oficjalnego wpłynięcia. Z informacji dostarczanych nam przez Jurka Kuśmidra, koordynatora przygotowań, szykowała się wielka uroczystość. I tym razem pogoda omal nie pokrzyżowała nam planów. Od rana wiał sztormowy wiatr, dopychający Starego do lichego pomościku miotanego przez krótką, stromą falę na samym końcu zatoki. Kilka polonijnych jachtów, mających nam towarzyszyć w drodze do centrum miasta, niestety nie mogło wypłynąć w tych warunkach. Za to my musieliśmy, był to manewr niezwykle niebezpieczny, ponieważ 20 ton Starego mogło spokojnie posprzątać w połowie mariny. Z sąsiedniej przystani przypłynął mały, silny holownik, poinformowany, że Stary MUSI wyjść z portu. Sławek staje za sterem, reszta chłopaków do cum, które będziemy przecinać, gdyż na rozwiązywanie nie będzie czasu, kiedy jacht ruszy do tyłu. Daję znak do holownika, który rusza całą naprzód, szybkie cięcia i Stary pracując na całej wstecz rusza pod wiatr. Jeszcze 50 metrów, holownik zwalnia, oddajemy hol i Stary doskonale prowadzony przez Skalmę dosłownie w miejscu odwraca się dziobem do wyjścia i wbija w pierwsza nadchodzącą fale, która wśród bryzgów, pieniąc się przelewa się przez półpokłady. Jeszcze kilka mil w towarzystwie Varsovii i Pathfindera i już odpalamy świecę dymną wchodząc pod most na Granville Island. W tym miejscu dla mnie kończy się oceaniczny etap North-west Passage a zaczyna lądowy- o wiele przyjemniejszy, który z pewnością zasługuje na osobną relację. Dalej będą już tylko toasty, spotkania i same miłe chwile. Tomek Szewczyk, 2006-11-09 (oprac. autor) ![]() Uwaga! Relacja objęta jest prawami autorskimi. Nie można wykorzystywać jej treści bez zgody autora. ostatnia aktualizacja: 2009-04-21, 07:56 |
Wojewoda
Śląski
Rektor AE
w Katowicach
Rektor AM
w Katowicach
Dyrektor ŚCCS
w Zabrzu
Rektor PŚ
w Gliwicach
Prezydent
miasta Gliwice
















