shim
QNT Northwest Passage Jubilee Voyage 2006/ 2007
dobiega końca! Zobacz trailer filmu "W poszukiwaniu
legendy" (WMV, 7 MB).

» Rejs Roku » Wyprawa Roku » "Stary" pokonał Przejście
» Powitanie "Starego" w Vancouver » Roald Amundsen
» Northwest Passage
jacht: S/Y "Stary" (wyw. SPS 2189)

ostatni etap: USA - Polska
poprzedni etap: Ameryka Pn i Pd
pozycja jachtu: zobacz mapę...

kontakt z załogą: tel. 0088 1631573710
back
hr-right-blank
news

rel_sla-02-1 Skrzydło na Grenlandii/ fot. Dominik Bac

Loty koszące na Grenlandii

Z dozą niepewności jechałem do Kopenhagi, wioząc prawie 150 kg bagażu, w którym również był cały sprzęt do latania - paralotnia z napędem. Cały czas nękało mnie pytanie: zabiorą mnie z tym wszystkim, czy nie? Ile będę musiał dodatkowo zapłacić? Czy opróżniony zbiornik paliwa silnika paralotni będzie stanowił jakąś przeszkodę? Po przyjeździe, na godzinę przed odlotem samolotu wzięliśmy razem z Markiem, który mnie odwoził, aż cztery wózki. I tak to się wszystko zaczęło.

Po załadowaniu wszytkiego na wózki, wyglądaliśmy obłędnie i wzbudzaliśmy zainteresowanie. Pani w okienku obsługującym Air Greenland spytała ile osób leci z tym bagażem. Lekko się zdziwiła, jak powiedziełem, że tylko ja lecę. Musiałem troszkę dopłacić za nadbagaż, ale o dziwo, co do gabarytów nie było żadnych zastrzeżeń.

Problemy pojawiły się dopiero w Kangerlussuaq (już na Grenlandii), gdzie miałem przesiadkę na mały samolot. Usiadłem koło okna i widziałem, jak obsługa lotniska męczy się z załadowaniem wózka. Próbowali pod każdym kątem, w końcu rozładowali cześć bagaży i wszedł po przekątnej - jak należy.

Ilulissat, do którego dotarłem - to miasto i małe lotnisko, na którym czekali już Andrzej, Grzesio i Tomek. Jak zobaczyli mój bagaż, stwierdzili, że nie ma żadnych szans żeby się z tym władować do hostelu. Jacht miał przypłynąć dopiero za kilka dni. Pomyślałem - będzie potrzebny hangar. Tomek wpadł na pomysł żeby zagadać z gościem od hangaru, w którym była rozlewnia farb. Okazało się, że nie ma najmniejszego problemu i po godzinie dostaliśmy własny klucz do hali. Kamień spadł mi z serca i mogłem odespać ostatnie trzy noce. Po paru dniach miałem wszystko gotowe do lotów, teraz tylko miejsce na start.


rel_sla-02-2 Lotnisko w Ilulissat/ fot. Dominik Bac

Zacząłem się rozglądać za jakąś polanką, lecz nic nie znalazłem. Wszystko z daleka wydaje się OK, ale z bliska okazuje się, że wszędzie kamienie, skały lub budy z psami. Pomyślałem - albo starty z butów, albo lotnisko. Kludia pojechała na lotnisko i ku mojemu zdziwieniu załatwiła kartę umożliwiającą wjazd na pas startowy. Uwierzycie?

Warunek był jeden: latanie tylko po godzinie 19 jak ląduje ostatni samolot pasażerski. Pomyślałem - super, teraz tylko trzeba tam dojechać jakieś 5 km. O godz. 18 wskoczyłem na wózek i ruszyłem, niechcący zwiewając całe pranie spod hostelu, które tam się suszyło. Ludzie na ulicy zatrzymywali się patrząc, co to jedzie? Rozpędzałem się na prostych nawet do 80 km/ h.

Pech chciał, że na tych 5 km złapałem gumę. Co za dramat, pomyślałem, nici z latania z wózkiem, gdzie znajdę na Grenlandii takie koło lub oponę na wymiar z dętką? Załadowliśmy wózek na pickupa i dojechaliśmy na lotnisko. Tam Dominik zauważył, że kółko się znajdzie, bo pasuje z wózka do przewożenia beczek. No i super, wózek znowu w pełni sił. Podjazd na pas startowy między samolotami pasażerskimi, pomyślałem - w Polsce akcja nie do zrobienia.


rel_sla-02-4 Lot próbny/ fot. Dominik Bac

Staję na końcu pasa, szybciutko rozkładam skrzydło. Wiatru nie ma, więc wszystko jedno, w którą stronę startuję. Wpinam pasy, krótki check out i przepustnica na pełen gaz. Lekkie szarpnięcie czaszy, 10 m rozbiegu i jestem już w powietrzu. Wznoszenie 3,5 m/ s, czyli w normie, po chwili zza skał odsłania mi się cała Zatoka Disko z górami lodowymi - wspaniały widok.

Zrobiłem pare kółek nad lotniskiem i fiordem, w którym stał jacht na kotwicy. Wylądowałem, żeby wziąć Dominika, jak za czasów podstawówki, kiedy to razem lataliśmy na skrzydle mojego ojca (oczywiście bez jego wiedzy). Na rozbiegu uświadomiłem sobie, że nie ważymy już jak w podstawówce razem 120 kg. Rozbieg był długi, ale bez wiekszych problemów wystartowaliśmy. Dwa kółka nad lotniskiem i stwierdziliśmy, że trzeba lecieć nad miasto i Ice Fiord.


rel_sla-02-7 Lot z Dominikiem/ fot. Dominik Bac

Dominik robił zdjęcia, a ja pokazywałem mu jak zwrotna jest nowa paralotnia w porównaniu do tej, którą mieliśmy na poprzedniej wyprawie. Po 30 minutach zawróciliśmy, w drodze powrotnej przelatując nad zatoką, na końcu której znajduje się port. Natrafiliśmy na obszary bardzo turbulentne, zastanawiałem się czemu, skoro słońce było już nisko. Myślę, że było to spowodowane górami lodowymi. Nad lotniskiem miałem 300 m, wygasiłem silnik i lataliśmy sobie ślizgiem. Podczas podejścia do lądowania przelecieliśmy blisko wieży kontroli lotów, po czym minęliśmy dwa airbusy. Lądowanie gładkie, bez najmniejszych problemów.

Na dole czekał na mnie już Tomek Kozik z kamerą. Mieliśmy nakręcić cos niecoś z lotów nad Ice Fiordem. Podobny lot, jak z Dominikiem, paliwa zostało jeszcze na jakieś 15 min, więc wziąłem jeszcze Marcina Jamkowskiego na małe kółeczko nad lotniskiem. Wszyscy byli bardzo zadowoleni, a ja uświadomiłem sobie, że jest prawie godz. 4 w nocy - na szczęście latem jest tu prawie zawsze jasno, więc można latać cały czas, a w nocy pogoda jest nawet spokojniejsza.

Wyspa Disko

Późnym wieczorem przedarliśmy się Starym przez wąskie wejście do Godhavn. Po rzuceniu cum, poszliśmy całą załogą sprawdzić, czy strzelba znaleziona przez Dominika, a odmłodzona przez załogę, strzela. Czekaliśmy na drugi Polski jacht - Nektona, który przypłyną nad ranem. Zadecydowaliśmy z załogą drugiego jachtu, że pójdziemy następnego dnia na lodowiec, żeby zobaczyć psie zaprzęgi. Wiedziałem, że różnica poziomów przy podejściu jest ponad 800 m - od razu to stwierdziłem, ponieważ wiatr był słaby, że nie ma co stamtąd wracać na piechotę - tylko trzeba zlecieć!

Zapytałem się załogi, kto wchodzi ze mną w plan. Jacek zgłosił się od razu i powiedział, że może nieść ze mną sprzęt do góry. Podzieliliśmy się sprzętem na pół i ruszyliśmy. Podejście strome no i te 20 kg na plecach. Na wysokości 450 m natrafiamy na mgłę. Powstaje pytanie: zostawić sprzęt i iść dalej, a zlot rozpocząć z połowy zbocza? Wspólnie z Jackiem zadecydowaliśmy, że idziemy dalej, może się rozchmurzy, a wysiłek wyjdzie nam tylko na zdrowie.


rel_sla-02-6 Lot z Tomkiem/ fot. Dominik Bac

Po wyjściu na szczyt okazało się, że mgła się utrzymuje się tylko przy zboczu i to na wysokości jego połowy. Lot był realny i pojawili się kolejni chętni. Tomek powiedział, że chętnie by poleciał, żeby zrobić fajne ujęcia z powietrza. Jacek stwierdził, że wszystko dla filmu i że nie ma nic naprzeciw temu, żeby poleciał operator z kamerą. Po rozłożeniu sprzętu na kamienistym zboczu uświadomiłem sobie, że start będzie trudny, ponieważ jest płasko, a czym bardziej teren opada tym pojawiają się wyższe przeszkody w postaci głazów. Oszalałem widząc Tomka który zamierza lecieć z dużą profesjonalną kamerą, której nie było żadnych szans schować pod kurtkę. Zadecydowałem - weź tą mniejsza, bo jak spalimy start i się przy tym wywrócimy, to po kamerze. Tomek przed startem pytał się mnie, gdzie będziemy lądować. Odpowiedziałem mu: nie wiem, wybierzemy wspólnie z powietrza jakieś miejsce. Zero wiatru, a przed nami wspaniała zatoka Disko, pod nami chmury, czas na start!

Jesteśmy gotowi. Bieg, skrzydło leniwie wstaje, kamienie pod nogami stają się coraz większe. Pomyślałem - to jakiś obłęd, za szybko jak na start po takich kamieniach, a zbocze zaczyna się robic coraz bardziej strome. Przerwałem start. Po 10 min byliśmy ponownie gotowi. Tym razem zaciągnąłem trymery na maksa, żeby nam się nogi nie kończyły. Pomoglo. Po przeskoczeniu przez głaz wielkości stołu, oderwaliśmy się w końcu od ziemi.

rel_sla-02-3
Cisza po starcie/ fot. Dominik Bac

Po starcie zaczęła się bajka. Cichy ślizg nad chmurami, a przed nami morze z górami lodowymi. Po chwili byliśmy w chmurach, przez moment nic nie było widać, z trudnością widziałem czaszę paralotni. Wiedziałem, że przez tę minutę muszę lecieć prosto i wyjdę dokładnie nad zatokę. Zamieniłem dwa słowa przez radio i zobaczyłem jak otwiera się przed nami błękit Zatoki Godhavn, praktycznie wlatywaliśmy nad wodę. Szybka orientacja za jakimś lądowiskiem i jest - nad wybrzeżem widzę piękne boisko do piłki nożnej.

Mamy wysokość jakieś 550 m nad wodą. Tomek pyta, czy można by tak coś wywinąć. Pomyślałem - zwykłe standardowe dwie spirale wystarczą. Bardzo mu się podobalo i dopytywał się, jakie przeciążenie mieliśmy przy wychodzeniu (a na to trudno odpowiedzieć). Powiedziałem - nie więcej, niż 3 G.

Lądujemy. Podejście gładkie, z prawego zakrętu pod wiatr dla jaj zacząłem celować w bramkę boiska i krzyczeć: strzelmy gola! A Tomek zaczął krzyczeć: tylko nie w bramkę! W rzeczywistości wylądowaliśmy na samym środku boiska, a nad bramką przeszliśmy jakies dobre 3 m.

rel_sla-02-5
Ilulissat. W oczekiwaniu na słabszy wiatr/ fot. Dominik Bac

Wielki plan kręcenia jachtu między górami lodowymi w Ilulissat doczekał się realizacji. Pogoda dobra, wieć ruszyliśmy z Tomkiem na lotnisko, a jacht popłynął w lód. Tak zaczęła się przygoda z lataniem na Grenlandii.

Sławek Skalmierski, 2006-08-27 (oprac. Marek Teluk)

hr-left

Aktualizacja

Powrot do Ilulissat. Po długim czasie doszedł wreszcie do realizacji plan lotów koszących nad i pomiędzy górami lodowymi, w celu zrobienia ujęć do filmu. Dramat rozpoczął się od samego początku - wpadliśmy na lotnisko i okazało się ze nie ma wózka, z którego zawsze braliśmy kółko. Po dłuższym szukaniu znalazł się, lecz w międzyczasie okazało się, że się rozwiało, więc byliśmy zmuszeni czekać na poprawę pogody. Trzeba było jeszcze balon wypornościowy przygotować i wpiąć go w wózek, my również musieliśmy się ubrać w kombinezony wypornościowe. Podczas grzania i kołowania silnik nie wkręcał się szybo na obroty, co mnie zaniepokoiło. Lecz po chwili na pasie już było wszystko OK. Pomyślałem, że jest to normalne i związane z tym, że po prostu silnik był zimny. Po dwugodzinnym czekaniu nadszedł moment dobry do startu, wiatr przestał wiać. Ponieważ byliśmy w dwójkę, daliśmy znać przez radio, że zaraz startujemy i odezwiemy się z powietrza. Szybkie podpięcie intercomu:

- Tomek słyszysz ?? Cisza skręcam SQL-cza
- Tomek słyszysz ??
- Tak !! bardzo dobrze !!
- Wpięty?? kamera gotowa? wszystko OK.??
- Tak !!
- To co rura??
- Dawaj !!

Otwieram przepustnicę do końca, skrzydło wstaje poprawnie, rozpędzamy się i odrywamy od ziemi, wszystko poprawnie po pierwszym kręgu mamy 100 m, meldujemy jachtowi, że jesteśmy w powietrzu i że za 4 min będziemy nad portem. Robimy jeszcze jedno kółeczko, żeby nabrać wysokości i na pułapie 180 m wybieramy się w kierunku Ilulissat. Przelatujemy nad zalodzonym portem i widzimy wypływający jacht. Myślę - wszystko zgodnie z planem, zrobiłem trzy kolka nad portem i polecieliśmy nad Ice Fiord zobaczyć jak tam warunki lodowe (były super, szykowała się świetna zabawa). Pokręciliśmy się chwile nad domem, w którym mieszkałem, bo właścicielka prosiła żebyśmy polatali tam chwilę, chciała zobaczyć, jak to wygląda. Potem kółeczko nad centrum i widzę, że jacht jest już w połowie drogi. No to mamy jeszcze z 15 min.

Pomyślałem, że dobrze by było, jakby na jachcie spuścili ponton z silnikiem na wodę w razie wodowania, żeby szybko mogli nas podebrać z wody 0°C. Krzyknęliśmy naszą prośbę przez radio i już za chwilę ponton był gotowy. Jacht był w dobrym położeniu. A ja zobaczyłem na wariometrze, że mam 300 m - będzie z czego jechac na dół. Najpierw spiralka, bo ta figura nawet z wózkiem tnie bardzo efektywnie wysokość. Po trzeciej, może czwartej zwitce silnik zgasł. Wyprowadziłem skrzydło ze spirali, które z podwieszona masą 200 kg strzeliło na bezwładności do góry jak szalone. Chwila nieważkości, lekkie wahadełko i mam lot ślizgowy ustabilizowany. Próbuję kręcić rozrusznikiem, a tu nic - tak, jakby był zalany, jesteśmy nad wodą - pomyślałem - do brzegu dojdę bez problemu, ale co dalej? Cały czas kręcę rozrusznikiem i mowię do Tomka: szykuje się lądowanie awaryjne. A on się mnie pyta: gdzie?? Odpowiedziałem: zaraz coś znajdziemy, tak samo jak w górach, żeby go uspokoić. Doskonale sobie zdawałem sprawę po wizji lokalnej, którą przeprowadziłem zaraz po przyjedzie, że wszystkie drogi mają druty z napięciem do latarni, bo każda droga musi być oświetlona przez 3 miesiące w nocy, a wszystkie polany posłane są potężnymi głazami. Poza tym wózek wymaga więcej miejsca niż lądowanie na nogach. Pozostały trzy opcje:

  1. Woda koło jachtu - dla nas najbezpieczniejsza, ale co z kamerą i całym sprzętem?
  2. Polana koło domu, gdzie mieszkałem w miarę równa, ale zasiana budami z psami. Przez myśl przeleciał mi widok nas taranujących te budy, a po zatrzymaniu gryzące nas psy, wściekłe za zdewastowanie domostwa. A my bezradni krzyczymy na pomoc i miotamy się z pasami;
  3. Zakręt drogi idącej do centrum - trudne lądowanie, ponieważ w łuku to jedyny kawałek szerszej drogi z rozsądnym poboczem po zewnętrznej zakrętu, a po wewnętrznej oczywiście nitka z drutami 6KV, a my nie wiemy skąd wieje, żadnego dymu z komina, woda również się nie rusza - cisza, więc nie wiadomo, na którą stronę spadnie skrzydło po zatrzymaniu.

Wyobraziłem sobie, jak się smażymy wpięci w pasy. Szybka decyzja - wolę te psy, niech gryzą, będziemy walczyć, a na wstępie na pewno się przestraszą, jak cała buda pójdzie w drzazgi za jednym strzałem. Damy radę z tymi sierściuchami. Rozrusznik już chwilę temu przestał gadać, rozładował się akumulator, który ma zaledwie 2Ah wystarcza na 20-30 s kręcenia. Jestem już na podejściu, przechodzimy nad ostanią nitką i drogą, potem już tylko polana i psy. Spróbowałem jeszcze raz odpalić silnik. Silnik zaskoczył, od pół obrotu śmigła wszedł na obroty. Trzymałem przepustnice otwartą i do góry byle wyżej i w kierunku lotniska. Lecz w celu przelecenia nad miastem musiałem nad polaną wykręcić z dwa kołka żeby nabrać wysokości.

Osiągnęliśmy 200 m i ruszyliśmy w kierunku lotniska, mieliśmy przed sobą jakieś 8 km. Pas startowy było widać dobrze, ale jeszcze dużo za daleko, żeby mieć go w zasięgu ścieżki zejścia ślizgiem. Przelecieliśmy nad całym miastem bez żadnych problemów, dalej już tylko skały, cmentarz i utęskniony pas startowy. Tuż przed cmentarzem silnik stanął ponownie, mieliśmy jakieś 250 m do lotniska, został jeszcze kawałek. Ten kawałek był zupełnie realny do pokonania. Lecąc z prostej, trzeba było przelecieć nad wieżą kontroli, co prawda pusta o tej porze, lecz wysoką na 15 m. I znowu pytanie: cmentarz czy dojdziemy na lotnisko? Lądowanie pośród białych krzyży - Boże. Najlepiej będzie spróbować dolecieć, najważniejsze żeby prześlizgnąć się nad fiordem, który się wrzyna w ląd. Później będą jakieś opcje, parking przed lotniskiem, albo droga dojazdowa, która nie ma nitki napięcia zaraz za pasem.

Lecimy znad fiordu, widzę że chyba dojdziemy, bo zza wieży kontroli zaczynają się odsłaniać samoloty. Stara zasada - jak coś się odsłania, to przejdziesz, jak zasłania - to nie masz szans, a jak obraz pozostaje niezmienny, to przywalisz w przeszkodę. Przeszliśmy 15 m nad wieżą, teraz ostry łuk, żeby wylądować wzdłuż pasa i nie uszkodzić oświetlenia. Z zakrętu wyszliśmy dosłownie na wysokości 5 m, minęliśmy dwa ostatnie światła, które znajdowały się na podejściu. Zapomniałem zaciągnąć trymerów, ale jest jeszcze czas, szybkość duża. Trymery do końca, skrzydło leniwie uniosło się troszkę do góry i zwolniło do bardzo przyzwoitej prędkości. Zawsze z silnikiem lądowałem z trymerami na pól, bo pomagałem sobie ciągiem. Uświadomiłem sobie, że nie jest to potrzebne - paralotnia zachowuje się bardzo poprawnie, nawet przy małych prędkościach i dużej masie. Przyziemienie było troszkę twardsze, niż normalnie - było to spowodowane tym, że przeciągnąłem na 0,5 m, a nie na 0,2 m (to przez te trymery). Ogólnie mówiąc - wszystko skończyło się dobrze. Po dwóch dniach okazało się, że powodem przerywania silnika była poluzowana śrubka, która powodowała w gaźniku za bogatą mieszankę i zalewanie się cylindra w momencie szybkiego otworzenia przepustnicy. Niestety tak dobra pogoda już się nie trafiła do końca naszego pobytu w Ilulissat.

Obecnie sprzęt mamy poskładany na jachcie i czekam, aż przyjdzie czas na zwiad lądowy. Pędzimy tak szybko, jak się da przez Northwest Passage, bo nie chcemy zimować. Na latanie będzie jeszcze czas, cierpliwość - to podstawa w tym sporcie.

Sławek Skalmierski, 2006-09-14 (oprac. Marek Teluk)

hr-left

Uwaga! Relacja objęta jest prawami autorskimi. Nie można wykorzystywać jej treści bez zgody autora.

ostatnia aktualizacja: 2009-04-21, 07:56
wiadomosci-i-relacje  2007-07-17
shim
hr-right-blank
logo
Informacja prasowa
Już 3 sierpnia 2007 r.
odbędzie się uroczyste...
hr-right
logo
Informacja prasowa
W cztery lata od ostatniego
przepłynięcia z Panamy...
hr-right
dominik-bac
Relacja Dominika Baca
Golfito opuszczamy
w pośpiechu. Jesteśmy już...
hr-right-blank

nowe-zdjecia  2007-02-24
shim
hr-right-blank
galeria53
USA: Mariposa Grove
fot. Dominik Bac
Rozmiar: 36 pozycji
hr-right-blank

ktora-godzina   
shim
hr-right
 
sponsorzy główni
patroni medialni
sponsorzy oficjalni
patroni honorowi
organizator
sponsorzy specjalni
L. Jarzębski
Wojewoda
Śląski
F. Kuźnik
Rektor AE
w Katowicach
E. Knapik
Rektor AM
w Katowicach
M. Zembala
Dyrektor ŚCCS
w Zabrzu
W. Zieliński
Rektor PŚ
w Gliwicach
Z. Frankiewicz
Prezydent
miasta Gliwice
QNT Northwest Passage Jubilee Voyage
www.amundsen.pl

info@grupaoutdoor.com
credits www.sccs.zabrze.pl www.onet.pl www.splot.pl www.wats.com.pl www.komel.katowice.pl www.fotoland.pl www.ae.katowice.pl www.minova.pl www.navo.pl www.simradyachting.com www.am.katowice.pl www.jaudt.de www.chlebpolski.pl www.c-map.pl www.sony.pl www.polsteam.com.pl www.polsl.pl www.trenerzy.pl www.qnt.pl www.ursus.com.pl www.um.gliwice.pl www.katowice.uw.gov.pl www.alpinus.pl www.webasto-marine.com www.um.gliwice.pl www.floatcam.pl www.colmex.pl www.foton.kalisz.pl www.grupaoutdoor.com www.polsl.pl www.sew-eurodrive.pl www.nationalgeographic.pl www.splot.pl www.idziemy.net www.rzeczpospolita.pl www.polsteam.com.pl www.zagle.com.pl www.travelpr.pl www.peli.com.pl www.ae.katowice.pl