shim
QNT Northwest Passage Jubilee Voyage 2006/ 2007
dobiega końca! Zobacz trailer filmu "W poszukiwaniu
legendy" (WMV, 7 MB).

» Rejs Roku » Wyprawa Roku » "Stary" pokonał Przejście
» Powitanie "Starego" w Vancouver » Roald Amundsen
» Northwest Passage
jacht: S/Y "Stary" (wyw. SPS 2189)

ostatni etap: USA - Polska
poprzedni etap: Ameryka Pn i Pd
pozycja jachtu: zobacz mapę...

kontakt z załogą: tel. 0088 1631573710
back
hr-right-blank
news

Cambridge Bay - Amundsen Gulf...

Niedługo po północy 1 września oddajemy cumy z pirsu w Cambridge Bay i wypływamy na morze. Wieje dość silny wiatr, musimy więc przygotować się na rozkołys po wyjściu z zatoki. Tomek i Sławek solidnie mocują duży ponton na pokładzie przed masztem, silnik zaburtowy ląduje na rufie, Dominik ształuje sprzęt nurkowy, z którego korzystał kilka godzin wcześniej na wraku Maud.

Idziemy jeszcze pożegnać się z Garym na jego jacht "Arctic Wanderer". Zamierza zostać tutaj na kolejną zimę, wciąż ma kłopoty z silnikiem, a może po prostu nie śpieszy mu się w dalszą drogę. Agnieszka przygotowała dla niego trochę naszego jedzenia, z zapasów na zimę, których mamy nadzieję nie potrzebować. Williemu zwracamy samochód, z podziękowaniami i małym (zabronionym tutaj) prezentem z Polski.

Cumy oddane, płyniemy w osi nabieżników, światła miasteczka szybko zostają za rufą. Zaczyna się kolejny etap. Musimy szybko dopłynąć do Tuktoyaktuk. Northwest Passage to także walka z czasem - zima może przyjść szybko i bez zapowiedzi, a my mamy wciąż ponad 1100 mil do Point Barrow i 1600 mil do Cieśniny Beringa. Stara zasada wielorybników, pływających po wodach Alaski w XIX i na pierwszej połowie XX wieku mówiła, że statek, który chce bezpiecznie wyjść z Przejścia przed zimą musi minąć Point Barrow, najbardziej na północ wysunięty kraniec Alaski (tym samym USA - przyp. red.) przed 1 września. Dla nas termin właśnie upływa. Po wyjściu z wąskich przejść między wyspami przy Cambridge Bay, stawiamy żagle i korzystamy z dobrego wiatru.

Często wracam do relacji z poprzednich przejść na małych jachtach, to pozwala porównać warunki, przygotować się na trudności, ale też jest szalenie sympatyczne. Miło jest widzieć jak wiele podobnych spraw nam się przydarzyło, byliśmy w tych samych miejscach, poznaliśmy tych samych ludzi. Porównuje także czasy poszczególnych przejść, by ocenić nasze szanse na dalszej trasie. Amundsen już pod koniec sierpnia napotkał lód, który zmusił go do zimowania. Willy de Roos, który jako pierwszy pokonał trasę w ciągu jednego sezonu, mając dobrze przygotowany jacht i gnając do przodu niemal bez postojów, był u wejścia na Morze Beauforta 4 września, mamy więc szanse zrównać się z jego terminarzem.

Trasa tego etapu liczy 700 mil, w pierwszej części biegnie przez bardziej zamknięte akweny cieśnin: Dease, Coronation i Dolphin and Union, później przechodni w szeroką Zatokę Amundsena, która wprowadzi nas na Morze Beauforta.

Morze Beauforta, ta nazwa przykuwa moją uwagę. Magia nazw geograficznych wciąż na mnie działa. Jeszcze kilka lat temu zupełnie bym nie uwierzył, kilka miesięcy temu pomyślałbym, że to niewiarygodnie długa droga wciąż do przebycia. Tymczasem, już niedługo "Stary" minie Przylądek Bathurst i wpłynie na jego wody. I nie sądzę, żeby miało znaczenie, ilu żeglarzy dotarło tu przed nami, choć nie było ich wielu. Myślę, że ważna jest świadomość, że coś już się udało, mimo trudności. Przezwyciężyć problemy na lądzie, zdobyć zaufanie ludzi, przezwyciężyć chwile zwątpienia.

Coś paradoksalnego jest w tej trasie, choć może to tylko przelotna myśl. Niepewność, pośpiech, lód, oderwanie od cywilizacji, niedostępność, ryzyko. Z drugiej strony, kiedy patrzę na ciągnące się przez setki kilometrów płaskie wybrzeża Ziemi Wiktorii, bez ani jednego człowieka, niewiarygodne klify Sommerset, lodowce Wyspy Bylota, trudno mi nie odnieść wrażenia, że niosą wielki spokój. Właściwie więcej słów nie potrzeba. Popatrzeć. Cisza.

Ktoś woła spod pokładu. Czar pryska. Dzisiejszy kuk narzeka, że zawekowane mięso się psuje, nie ma nic dobrego do zjedzenia. Narada załogi. Ryż z jabłkami będzie OK.

Mijamy Cape Lady Franklin, dzielnej kobiety, która przez 10 lat organizowała wyprawy w poszukiwaniu jej zaginionego w Arktyce męża. Na przylądku stoją opuszczone budynki stacji DEW Line, z wielkimi antenami radarowymi, gigantycznym hangarem, własnym lotniskiem. Cała sieć podobnych obiektów została zbudowana w Arktyce w czasie zimnej wojny. Wówczas kosztowały one wielkie pieniądze, wielu ludzi pracowało przy ich obsłudze. Stacje Distant Early Warning (wczesnego ostrzegania) miały monitorować niebo nad Ameryką Północną i informować o ewentualnym ataku ze strony Związku Radzieckiego. Dziś nikt już tu nie zagląda, budynki stoją na pustkowiu. Część z 16 stacji została zmodernizowana lub zastąpiona bardziej nowoczesnymi i wciąż działa. Pozostałe stanowią już tylko martwą część arktycznego krajobrazu, jeden z niewielu śladów obecności człowieka.

O 15:30, jak codziennie, próba łączność przez radio krótkofalowe. Próba, to dobrze powiedziane. Wiem, że to małe radio ma duży potencjał, jeszcze w Szczecinie rozmawialiśmy z Japonią i Australią, ale tutaj z niejasnych dla mnie powodów (które tłumaczy Tomek) nie udaje się wykorzystać go regularnie i skutecznie. Dziś dobry wyjątek. Na linii jest Kaziu z "Nektona", słyszymy też Roberta Krasowskiego ze Stanów. Robert prowadził przez radio wiele polskich jachtów w dalekich rejsach. Regularnie analizuje prognozy pogody, teraz także sytuację lodową. Robert nie słyszy nas najlepiej, może to jego piekarnik (?) zagłusza, jak sam mówi. Udaje się nam jednak przekazać krótkie informację i pozycję. Świat radiostacji krótkofalowych jest dla nas wciąż tajemniczy.

Coraz bliżej do Tuktoyaktuk.

Teraz kilka myśli, w dowolnej kolejności, sprawy, do których wracam myślami:

Góry lodowe. (wspomnienie Grenlandii)

Trudne do opisania. Nieziemskie. Obserwując je codziennie naprawdę trudno przywyknąć mi to tego, że naprawdę istnieją. Patrzę na nie od trzech tygodni, każdego dnia. I mimo, że mamy sporo pracy, spraw, które mogłyby odwrócić uwagę, mógłbym wciąż na nowo przecierać oczy ze zdziwienia.

Pamiętam dobrze, jak wypatrywaliśmy pierwszej z nich, jeszcze przed wejściem do Disko, niedaleko Aasiaat. Była schowana gdzieś daleko, za skalistą wysepką, ale wzbudziła wiele emocji. Niedługo potem kolejna, wielka, majestatyczna, jak szlachetna budowla. Ściany z porcelany, nie mogłem oderwać od nich oczu. Połyskiwała w słońcu, idealnie czysta, niewiarygodna rzeźba.

Był szał zdjęć, tego nie dało się uniknąć. Wiele radości. Na Antarktydzie nie odważyliśmy się podejść tak blisko żadnej góry lodowej. Kiedy byliśmy już na zatoce chciałem policzyć ile jest ich na horyzoncie. Po setnej okazało się, że ukazuje się ich coraz więcej, już nie do zliczenia.

Tego dnia w pobliżu Ilulissat było wyjątkowo dużo lodu. Wiele małych i większych growlerów, drobne kruszone bryły, przez które powoli płynęliśmy szukając drogi do portu. Nigdy wcześniej nie pływaliśmy w tak gęstym lodzie, nigdy dziób "Starego" nie musiał przepychać bloków lodowych ważących po kilka ton. Oswajaliśmy się i cieszyliśmy jednocześnie tą nową sytuacją.

Lodowiec Kangia rodzi najwięcej gór lodowych na półkuli północnej. Szeroki na blisko 10 mil Ice Fiord niesie je aż do Zatoki Disko. Tam zaczynają długą, czasem kilkuletnią podróż przez Morze Baffina razem z prądami, aż w końcu ruszają na południe, do wybrzeży Nowej Fundlandii, gdzie rozpadają się i giną.

Zatoka Disko jest ich pełna. Tkwią w bezruchu, a mimo to każdego dnia wyglądają inaczej. Wiele czasu spędziliśmy pływając między nimi, bardzo blisko, pewnie dużo bliżej niż bezpieczna odległość, niemal ocierając się o nie. Byliśmy "Starym" w basenie lodowym, niemal ze wszystkich stron zamkniętym przez wysokie na kilkadziesiąt metrów ściany z lodu, podpływaliśmy do ich krawędzi, obserwując ściekające strumienie wody, błękitne szczeliny, jak dekoracje na idealnie białych powierzchniach.

Dosyć silny prąd wciąż ustawia je na nowo, choć trudno to zauważyć, z godziny na godzinę ich układ zmienia się, jest już nie do powtórzenia. Odrywamy go wciąż na nowo, szukamy wąskich przejść, gór, na które można by się wspiąć, przy których nurkować. Kiedy zbliża się wieczór, całe otoczenie przybiera nowe oblicze. Światło zachodzącego słońca tutaj ma niewiarygodne pole do popisu. Miejsca przed chwilą oglądane, góry które już poznaliśmy zyskują różne odcienie, nowe wymiary. Fenomenalna pora.

Ilulissat jest położone tak, jakby dostało honorowe miejsce na lodowy spektakl. Późnym wieczorem spływamy do portu. Wśród wielu łodzi rybacki, mijając napędzone tutaj przez przypływ growlery, stajemy na naszym stałym miejscu. Zdążyliśmy już się tutaj zadomowić.

Wyspa Sommerset. Tylko kilka słów, jeszcze będzie więcej.

Dzikość.
Polar Bear. Adrenalina. Strach.
Historyczne miejsca, znane z książek, a tu tak namacalne.
Nietknięte przestrzenie. Skala makro.

Gjoa Haven

Absolutnie pod znakiem Wojtka Jacobsona. Jego śladami, miejsca gdzie dwukrotnie zimował Vagabond. Dawni przyjaciele, którzy wiąż dobrze pamiętają, Alen, młody człowiek, a wówczas dzieciak, który wyjął z portfela karteczkę z podpisami Wojtka i Ludka Mączki i pieczątką Vagabonda. Nie zgubiła się przez 18 lat. Bo jak powiedział "Wojtek mówił, że kiedyś przypłynął ludzie, którzy będą pytać o Vagabonda". I ten dzień nadszedł.

Nekton

Fantastyczna załoga. Pomoc, normalność, spokój. Myślę, że mimo różnicy pokoleń dobrze się rozumiemy. Podziwiam ich ekipę, rodzinną atmosferę (trzech braci w załodze), samozaparcie i determinację. Są dla nas dobrą energią i motywacją, wciąż mówią o spełnianiu marzeń. Gerard fantastycznie gotuje. Przyznam, że trudno nam odmówić przyjęcia ich zaproszenia. W mesie stoi miły piecyk, który jeszcze podgrzewa atmosferę, zawsze znajdzie się coś dobrego do zjedzenia. My zwykle dopiero po fakcie orientujemy się, że za bardzo rzuciliśmy się na to, co było na stole. Absolutnym hitem był grillowany Arctic Char przyrządzony przez Gerarda z masłem i ziołami.

"Stary"

Jest dobrze przygotowany. Bardzo dużo pracy zostało włożone w niego przed wypłynięciem, co teraz procentuje. Jak nowy jacht. Znamy go na wylot, a teraz pokazuje nowe oblicze. Pływa szybko. Nowy silnik, nowa śruba. Nie zawodzi. W nawigacyjnej jak na mostku na statku. Sterowanie elektroniczne, bezpieczeństwo, radar, CMAP, SIMRAD - doskonały zestaw. Nowa jakość. Kamera na dziobie i podgląd na małym LCD. To pomysł Kostka, na początku myślałem, że to przesada, ale już się przekonałem.

Wygląda ekspedycyjnie, jak zawsze chciałem. Sprzętu, na pokładzie aż za dużo, dwa pontony, sporo paliwa, jedzenia zabraliśmy oczywiście za dużo, nie pierwszy raz. Cieszę się, że to właśnie na "Starym" płyniemy. Dopisuje się dalszy ciąg jego dobrej historii.

Czas. Jasna noc.

Przylot na Grenlandię był jak teleport. Wyjechać: na wariackich papierach. Zostawić sprawy niezałatwione, uciąć sznurki, które trzymają na lądzie. 300 kg cargo, samolot, wino w małych butelkach, czarna Islandia oglądana przez okno, pola lodowe, tak jak pamiętam z filmów. I Grenlandia.

Wschodnie wybrzeże. Strzeliste szczyty, tonące we śniegu, całe pasma, aż po horyzont. Niewiarygodne. I nagle koniec, lodowa pustynia. Siedziałem wciąż przyklejony do okna, a spektakl już się skończył. Pokrywa lodowa Grenlandii, ciągnąca się przez setki kilometrów, bez śladu ziemi.

Niedługo później spotkanie na "Starym". Dziwne, nieprzyjazne miejsce. Absolutne pustkowie. Próżnia. Płytki fiord, kamienie wystające z wody przy odpływie, wokół skaliste wzgórza i ani śladu człowieka. Pierwsza noc. Jaka noc? Jasno jak za dnia.

Zmęczenie po locie, doliczone godziny z przesunięcia czasu i pomyłka, nocy nie będzie. I tak przez najbliższe tygodnie. Kompletnie nienaturalne, nie potrafiłem się znaleźć. Otoczenie było obce, jak z jakichś starych psychodelicznych filmów. Chciałem byśmy popłynęli stamtąd jak najszybciej. Dopiero po kilku dniach polubiłem nocne wachty przy pełnym słońcu.

Kilka tygodni później, w Ilulissat, wracając do portu z Murphy's jednego z dwóch popularnych pubów, zatrzymałem się autentycznie zdziwiony. Było ciemno. Pierwszy raz. Od razu lepiej się poczułem.

Strefy czasowe

Znów się gubię. Na Grenlandii były cztery godziny różnicy, w Pond Inlet, pierwszym porcie w Kanadzie już 6, w Gjoa Haven, w którym byliśmy kilka dni później - 8. Na żadnym innym rejsie strefy czasowe nie zmieniałyby się tak szybko. Tutaj pokonujemy dziennie 6 a nawet 7 stopni długości geograficznej. Matematyka mówi: tym tempem 60 dni dookoła świata na "Starym", dobry wynik. Ciekawe co na to lody Alaski.

Pizza Hut

Kto by uwierzył. Cambridge Bay, Wyspa Wiktorii, Arktyka Kanadyjska, 800 mieszkańców. Do najbliższego większego (jakiegokolwiek) miasta tysiące kilometrów. W całej prowincji Nunavut, o powierzchni sześciokrotnie większej od Polski mieszka 27 tysięcy mieszkańców. Mało tego, nie prowadzą do niej żadne drogi, utwardzonych nie ma nawet w miastach. A Pizza Hut jest. I KFC też.

Zjadłem chętnie. Nie wiem czemu, ale na jachtowym wyżywieniu przychodzi ochota na fast food. Ale tylko na chwilę.

Abandoned

Opuszczone. To najczęściej używane słowo na mapach Arktyki. Opuszczone stare osady, pojedyncze bazy Hudson Bay Company, wielkie stacje DEW Line, lotniska wojskowe. Nie ma jak tego sprzątać, bo nie wiadomo, po co, nie ma sensu już wykorzystywać.

Takie miejsca zatrzymują czas, mało kto do nich dociera, natura nie potrafi szybko sobie z nimi poradzić. Zapamiętałem Ghost City na Disko Island. Ponad setka domów, dziś wszystkie puste, ani żywej duszy. Mieliśmy sprzeczne informacje, co się stało, dlaczego zostały opuszczone. Miał osunąć się kawał góry po drugiej stronie cieśniny i fala zniszczyć miasteczko. Na cmentarzu wiele grobów z jednego roku: 1968. W niektórych domach pojedyncze sprzęty, pozostawiona pod domem ciężarówka sprzed lat. I wysokie góry wyrastające zaraz za plecami. Ponura atmosfera.

Morze Beauforta

Nikt mi nie uwierzy, ale i tak napisze. Bielizna termiczna i to wszystko. I tak na pokładzie. W Arktyce, w środku nocy. Morze Beauforta, słynące ze sztormów, stromej fali albo lodu ciągnącego się po horyzont. Na północ od naszej pozycji nie ma już żadnego lądu, tylko Ocean Arktyczny i lód, aż do bieguna.

Druga w nocy, płaska woda, lekki wiatr, bezchmurne niebo, gwiazdy i zorza polarna. Ciepło, jak jeszcze nie było. Prezent od pana Beauforta czy co to ma być. Tak czy inaczej fantastycznie.

Zorza polarna

Jest jak duch. Wiruje, tańczy na niebie. Zmienia się w ułamkach sekund. Znika za szybko...

Jacek Wacławski, 2006-09-01 (oprac. Gosia Seruga, Marek Teluk)

hr-left

Uwaga! Relacja objęta jest prawami autorskimi. Nie można wykorzystywać jej treści bez zgody autora.

ostatnia aktualizacja: 2009-04-21, 07:56
wiadomosci-i-relacje  2007-07-17
shim
hr-right-blank
logo
Informacja prasowa
Już 3 sierpnia 2007 r.
odbędzie się uroczyste...
hr-right
logo
Informacja prasowa
W cztery lata od ostatniego
przepłynięcia z Panamy...
hr-right
dominik-bac
Relacja Dominika Baca
Golfito opuszczamy
w pośpiechu. Jesteśmy już...
hr-right-blank

nowe-zdjecia  2007-02-24
shim
hr-right-blank
galeria53
USA: Mariposa Grove
fot. Dominik Bac
Rozmiar: 36 pozycji
hr-right-blank

ktora-godzina   
shim
hr-right
 
sponsorzy główni
patroni medialni
sponsorzy oficjalni
patroni honorowi
organizator
sponsorzy specjalni
L. Jarzębski
Wojewoda
Śląski
F. Kuźnik
Rektor AE
w Katowicach
E. Knapik
Rektor AM
w Katowicach
M. Zembala
Dyrektor ŚCCS
w Zabrzu
W. Zieliński
Rektor PŚ
w Gliwicach
Z. Frankiewicz
Prezydent
miasta Gliwice
QNT Northwest Passage Jubilee Voyage
www.amundsen.pl

info@grupaoutdoor.com
credits www.sccs.zabrze.pl www.onet.pl www.splot.pl www.wats.com.pl www.komel.katowice.pl www.fotoland.pl www.ae.katowice.pl www.minova.pl www.navo.pl www.simradyachting.com www.am.katowice.pl www.jaudt.de www.chlebpolski.pl www.c-map.pl www.sony.pl www.polsteam.com.pl www.polsl.pl www.trenerzy.pl www.qnt.pl www.ursus.com.pl www.um.gliwice.pl www.katowice.uw.gov.pl www.alpinus.pl www.webasto-marine.com www.um.gliwice.pl www.floatcam.pl www.colmex.pl www.foton.kalisz.pl www.grupaoutdoor.com www.polsl.pl www.sew-eurodrive.pl www.nationalgeographic.pl www.splot.pl www.idziemy.net www.rzeczpospolita.pl www.polsteam.com.pl www.zagle.com.pl www.travelpr.pl www.peli.com.pl www.ae.katowice.pl