![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
![]() ![]() |
dobiega końca! Zobacz trailer filmu "W poszukiwaniu
legendy" (WMV, 7 MB).
» Rejs Roku » Wyprawa Roku » "Stary" pokonał Przejście
» Powitanie "Starego" w Vancouver » Roald Amundsen
» Northwest Passage
ostatni etap: USA - Polska
poprzedni etap: Ameryka Pn i Pd
pozycja jachtu: zobacz mapę...
kontakt z załogą: tel. 0088 1631573710
![]() ![]() Bogate wybrzeże Kiedy przygotowywaliśmy się do wyprawy często wyobrażaliśmy sobie miejsca, które odwiedzimy. Wśród tysiąca spraw i problemów, które musieliśmy omówić przed rejsem jak przygotowanie jachtu, finanse, zaopatrzenie, naprawy, trasa, terminarze zawsze na końcu wyczerpujących rozmów przychodził taki moment, że dawaliśmy się ponieść fantazji. Zamawialiśmy jeszcze jedno i ...jeszcze jedno piwo i żeglowaliśmy do nieznanych nam miejsc w wyobraźni, nawzajem się napędzając. Miejsca, o których rozmawialiśmy najczęściej to te tworzące "poezję nazw geograficznych". Nazwy, które brzmią najbardziej egzotycznie i niezwykle. Są tak odległe i niedostępne że wydaje się, iż istnieją tylko na mapie. "Czym jest pieniądz w kraju biednym? W takim kraju, pieniądz to wspaniały, gęsty, odurzający, osypany wiecznym kwiatem żywopłot, którym odgradza się Pan od wszystkiego. Przez ten żywopłot Pan nie widzi pełzającej biedy, nie czuje smrodu, nędzy, nie słyszy głosów dochodzących z ludzkiego dna. Ale jednocześnie Pan wie, że to wszystko istnieje, i odczuwa Pan dumę ze swojego żywopłotu. Pan ma pieniądze, to znaczy Pan ma skrzydła. Pan jest rajskim ptakiem, który budzi podziw" Zatoka Baffina - początek przygody, Cieśnina Bellota - stąd nie będzie odwrotu, Cambridge Bay - możliwe zimowanie?, Morze Beauforta, Cieśnina Beringa, Zatoka Alaska - tu musimy uważać na sztormy, nierealne Diomidy i linia zmiany daty, upragnione Aleuty i Dutch Harbor skąd już miało być łatwo.... Potem marzyliśmy o wielkich miastach: Vancouver - koniec z zimnem i wizytą przy Św. Rochu, statku zdobywcy Northwest Passage, magiczny moment przejścia pod Golden Gate w San Francisco i wreszcie Los Angeles miasto jak nam się wydawało położone w tropikach. W końcu Acapulco w Meksyku i kraje Ameryki Środkowej - brzmiące najbardziej niesmowicie do tego stopnia, że kilka lat temu nie wiedzielibyśmy, na którym kontynencie niektóre z nich umiejscowić: Gwatemala, El Salvador, Homduras, Belize, Nikaragua i Kostaryka. Na każdy z tych krajów mieliśmy gotowe marzenie. Zbliżamy się do brzegu, z oddali widać porośnięte tropikalną dżunglą góry, nad którymi kłębią sie burzowe chmury. Wchodzimy do portu na jachcie pierwsi pojawiają się sprzedawcy egzotycznych owoców. Z małej łódki podają nam kiście bananów, pomarańcz i mango - za wszystko płacimy najwyżej jednego dolara. Schodzimy na ląd, nikt nie pyta nas o paszport czy certyfikat okrętowy, no bo niby po co ? Ewentualnie odwiedzamy miejscowy kapitanat schowany w cieniu palm i po serdecznej rozmowie z oficerem dowiadujemy się gdzie możemy zatankować świeżą wodę i gdzie jest najbliższa plaża.... W końcu jesteśmy; na radarze pojawia się czerwone echo linii brzegowej - Kostaryka. Wpływamy do zatoki Herradura. Już od Gwatemali wiemy, że tutaj znajduje się Marina Los Suenos (dosl. Marina Marzeń). Jednym słowem wszystko naj. - podobno poza USA nie ma lepszej mariny na Pacyfiku. Tutaj będziemy mogli naprawić naszą echosondę i przetwornicę, napijemy się wreszcie zimnego piwa, a wieczorem zjemy w restauracji na plaży. Tutaj zaspokoimy nasze potrzeby. W zatoczce stoi kilka jachtów, chociaż właściwie należałoby powiedzieć hoteli na wodzie. Błyszczą się z daleka białą farbą i lśniącym chromem. Jest nawet jeden jacht, który wygląda na żaglowy - jest ogromny, ale wygląda jak zabawka. Pięć salingów, grot rolowany do bomu, nad pokładem rozpięte baldachimy, a pod nimi niczym w folderach reklamowych popijając drinki siedzą 3 osoby w strojach kąpielowych i z wyraźnym zaciekawieniem przyglądają się sie nowemu sąsiadowi.... Mały niebieski jachcik. Na rufie dziesiątki beczek powiązanych pasami i sznurami niczym na cygańskim wozie. Ciężko dostrzec pokład: ponton, dinghy, silniki, pudła, beczki, masa blizej niezidentyfikowanych obiektów. Koło steru rdzewiejąca beczka Z przodu na relingach po obu stronach sklarowane żagle (chyba ich uzywają ..). Do tego tu i tam widać żółtawy zaciek, a stalowa linia jachtu jakaś taka pomarszczona... A nad tym wszystkim rozpięta niebieska cerata. No cóż, w tych warunkach Stary czuje się nieco niezręcznie. To tak jakbyśmy z długiej podróży, prosto z ulicy w ubłoconych butach i z plecakiem weszli nieproszeni na bankiet do 5 gwiazdkowego hotelu. Niezrażeni, dumnie wypinając tors stajemy w rzędzie na kotwicy, oporządzamy jacht i zrzucamy nasze dinghy z małym silniczkiem. Krzysiek wykonuje jazdę próbną i ... silniczek po wykonaniu kilku koncertowych prych, pufff, bach, .... odmawia współpracy. Krzysiek dryfuje wśród luksusowych jachtów i ciągnie silniczek za ogon. Z daleka wygląda to groteskowo i szczerze mu współczujemy, ale nie mamy jak pomóc. Jakby co, plaża jest niedaleko i nie ma przyboju. Z "megajachtów" załogi przyglądają się naszej mizernej sytuacji. Co chwilę między kotwicowiskiem a mariną kursuja pontony z potężnymi silnikami, wożąc gości. Niektóre z nich są prawie wielkości Starego. Jeden z nich zatrzymuje się koło naszej dinghy i oferuje pomoc..., ale za chwilę, bo musi coś ważnego zawieźć... Widzimy jak Krzysiek dalej dryfuje w kierunku plaży. W tym momencie w silniczku odzywa się ambicja groźnego psa ratlerka i po kilku szczeknięciach dzielnie, chociaż niezbyt szybko łódka jedzie do nas z powrotem. Po chwili jedziemy we trójkę z Krzyśkiem i Claudią do mariny. Musimy się w końcu odprawić w Kostaryce. Przy główkach mariny wyskakuje uzbrojony strażnik. Czujemy, że nasza wizyta w marinie może się skończyć już tutaj. Szybko mówimy, że chcemy zasięgnąć informacji i czy mają dla nas miejsce w marinie. Możemy płynąć dalej. Przy pirsach stoją zacumowane łodzie do wędkowania sportowego - piętrowce rybackie. Wybrzeże Pacyfiku począwszy od półwyspu Kalifornijskiego aż do Panamy to najlepsze miejsce na świecie do połowu wielkich walecznych ryb: Marlinów i Żaglic. Wielkie wędki wystające z motorówek sprawiają, że wyglądem przypominają mi one ogromne wąsy langust. Piętrowce, ponieważ każda z tych motorówek posiada wysoką kilkupiętrową wieżę ze szczytu, której rybak "herszt" ma absolutnie najlepszą ocenę sytuacji. Będąc rybą poddałbym się na sam widok takiej pływającej, wąsatej wieży. Wyskakujemy z dinghy, Krzysiek wraca na jacht my idziemy do biura. Uff klimatyzacja... Kostarykańska piękność, o wielkich oczach i długich paznokciach wita nas bezbłędna angielszczyzną. My - Dzień dobry - Nie macie odprawy !!! Nie możecie niczego dotykać ! Musicie natychmiast opuścić marinę ! Natychmiast !!! No cóż, jakbyśmy mieli agenta pewnie moglibyśmy sobie "podotykać" mariny. Zza pirsu wyłania się na szczęście nasze poczciwe dinghy i wracamy we czwórkę na jacht, zabieramy z powrotem śmieci i puste butle na wodę. Nie tak wyobrażaliśmy sobie żeglarską gościnność i pomoc. Skończyła nam się woda do picia, nie możemy wymienić butli, więc odpalamy agregat i w czajniku elektrycznym gotujemy wodę kilkanście razy. Cudownie, mamy baniak wrzącej wody :)))) Krzysiek mówi, że chyba trzeba wymyślić czajnik spalinowy. Dzisiaj tłusty czwartek i od rana marzyliśmy o piekarni. Nie tym razem. Przychodzi sms z przepisem na pączki: Pół pudełka serka waniliowego lub normalnego z jedną lyżeczką cukru waniliowego, pół kilo mąki pszennej, 4 łyżki mleka, proszek do pieczenia, 4 łyżki oleju, 10 deko cukru pudru do posypania, 2 jajka, kostka smalcu. Hmmm z tych składników mamy olej, mąkę i normalny cukier - nie ryzykujemy czy wyjdą z tego pączki. Nie zrażamy się i robimy tłusty obiad. Golonka z puszki z musztardą i frytki. Do tego chłodzący napój 60 stopni :))) Jest piękny zachód słońca i z morza do mariny wracają kolejne motorówki. Spłoszone ptaki podrywają się z plaży - przylecialy dwa helikoptery. Powoli zapada zmierzch. W marinie zapalają się różnokolorowe światła, jachty obok nas subtelnie iluminują światłem na pokładzie podświetlając wodę. Wszystko zaplanowane, idealne, bez skazy.... Po drugiej stronie plaży pali się kilka światełek w niewielkich chatynkach. Kilka skromnych łódek rybackich wyciągniętych na brzeg. Dwa światy. Dla nas żeglarzy to tym bardziej smutne, że wpływając z morza oczekuje się portu jak zbawienia. Port to ocieniona kafejka, zimne piwo, restauracja, spacer po plaży... Spotkani żeglarze, życzliwe rady i morskie opowieści. Rozwiązanie problemów technicznych i zabawa jako odreagowanie pobytu na morzu. Na szczęście większość miejsc, które odwiedzaliśmy było właśnie takie. Tak wygląda dzisiejsza Kostaryka, przynajmniej w rejonie, który na razie odwiedziliśmy. Najpiękniejsze zatoki jeżeli nie zostały zamienione w parki narodowe, są wykupione przez Amerykańskie koncerny turystyczne. Buldożery wgryzają się w tropikalną dżunglę, przygotowując miejsce dla hoteli i apartamentowców. Te hotele są odgrodzone od normalnego życia Kostaryki płotami i strzeżone czujnym okiem uzbrojonych strażników. Ciemna strona turystyki masowej. Zamiast przybliżać kultury ku sobie, odgradza się od nich pieniędzmi i różnicami społecznymi. Położona poniżej pasa huraganów Kostaryka jest nazywana Szwajcarią Ameryki Centralnej. Ceny gruntu w pobliżu kurortów są porównywalne z tymi w USA i Europie. Dzięki temu kraj posiada stabilna sytuację ekonomiczną w odróżnieniu od ubogich i nękanych klęskami żywiołowymi sąsiadów: Hondurasu i Nikaragui. Kraj jest przepiękny: wulkany, plaże, dżungla, górskie rzeki. Można uprawiać tu praktycznie każdy sport: żeglarstwo, wspinaczka, speleologia, rafting i kajakarstwo górskie, zwiedzać dżunglę i podziwiać egzotyczne zwierzęta. Nurkowanie z mantami, delfinami i rekinami. Wszystko naj.... ale tylko dla tych o bardzo zasobnym portfelu. Decydujemy się płynąć do Puerto Quepos - podobno nie ma tam żadnej mariny. Znajdziemy nasz kapitanat pod palmami i sprzedawców owoców. Wychodzimy na noc w morze. "Stary" jak doświadczony życiem kundel wesoło pomrukuje Dieslem i nie przejmuje się zgrają białych francuskich pudelków, których światła w końcu nikną w oddali. Żegnajcie - brzydkie kaczątko opuszcza zatokę.. Hej ! Dominik Bac, 2007-02-20 (oprac. J.B.) ![]() Uwaga! Relacja objęta jest prawami autorskimi. Nie można wykorzystywać jej treści bez zgody autora. ostatnia aktualizacja: 2009-04-21, 07:56 |
Wojewoda
Śląski
Rektor AE
w Katowicach
Rektor AM
w Katowicach
Dyrektor ŚCCS
w Zabrzu
Rektor PŚ
w Gliwicach
Prezydent
miasta Gliwice
















