shim
QNT Northwest Passage Jubilee Voyage 2006/ 2007
dobiega końca! Zobacz trailer filmu "W poszukiwaniu
legendy" (WMV, 7 MB).

» Rejs Roku » Wyprawa Roku » "Stary" pokonał Przejście
» Powitanie "Starego" w Vancouver » Roald Amundsen
» Northwest Passage
jacht: S/Y "Stary" (wyw. SPS 2189)

ostatni etap: USA - Polska
poprzedni etap: Ameryka Pn i Pd
pozycja jachtu: zobacz mapę...

kontakt z załogą: tel. 0088 1631573710
back
hr-right-blank
news

Arktyka nie chce nas wypuścić...

Stoimy w pobliżu Point Hope, ciągle Arktyka nie chce nas wypuścić. Od Zatoki Peard, gdzie czekaliśmy na przejście południowego sztormu, przepłynęliśmy około 250 mil i znowu musieliśmy uciekać.

Wieczorem wiatr tężeje, musimy rzucać żagle, jedziemy już zdecydowanie przeżaglowani. W nocy na pokład wychodzi wachta - Jacek, Agnieszka i Kostek jako podwachta, Sławek wychodzi do steru. Warunki są ciezkie, ale po 30 minutach grot jest już sklarowany i jedziemy na małej genule QNT. Podczas refowania awaria - pęka nam sterociąg, nie mamy steru, szybko przechodzimy na sterowanie autopilotem. Sytuacja nieco się uspokaja i jedziemy 6-7 wezłów. W ciągu kilku godzin wiatr ponownie tężeje, leżąc w koi slyszę wycie w olinowaniu i niskie buczenie osłony na śrubę - pojawia się dopiero przy prędkościach powyżej 9 węzłów. Leżę w letargu - wlaściwie nie da się zasnąć, co chwilę burta wpada pod wodę, do tego wiatr jest od rufy, więc nieprzyjemnie nami kiwa, a autopilot nie jest w stanie tego skontrować. Naprawa sterociagow w takich warunkach jest niemożliwa - musimy znależć spokojne miejsce, zatokę, kotwicowisko i dopiero wtedy przyjrzymy się awarii.

Nie wiem po jakim czasie Sławek budzi mnie na wachtę. Siedzę w nawigacyjnej i obserwuję przyrządy, autopilot dzielnie sobie radzi, czasami fala wybija go z rytmu o ponad 20 stopni, wriuje wewnętrzny kompas i trzeba go szybko zresetować. I tak podziwiam, że jakoś jedzie. Cały czas modlę się, żeby wszystko było OK. Na górze mamy postawiony za duży żagiel, ale rzucenie go jest ryzykowne, liczymy, że uda nam się dojechać szybko w jakieś zasłonięte miejsce i byle do rana, w nocy wszystkie manewry na pokładzie są ryzykowne. Jest już prawie końcówka mojej wachty, 2 godziny mijają właściwie bez awarii, tylko w dużym stresie. 20 minut przed zmianą, alarm autopilota, przełączam na standby, i ponownie auto, znowu alarm, czekam 3 sekundy - jacht skręca na wiatr, i nagle ciemny ekran. Wybiło bezpiecznik... Walczę z przełącznikami, jest ekran, znowu się świeci, już jest gotowy, włączam sterowanie - znowu bezpiecznik wybija. Sławek śpi w mojej koi, budzę go i zastanawiamy się, co robić, jacht stracił sterowność, stoimy w dryfie na małej genule, na szczęście dryfuje nas na pełne morze - od brzegu.

Chcemy włączyć silnik, Sławek przekręca kluczyk, yhu, yhu, yhu, rozrusznik kręci się z trudem... Jak awaria, to do końca, silnik nie chce zaskoczyć. Jeszcze raz patrzymy na siebie ze Sławkiem z przerażeniem i zaczynamy się głupio do siebie uśmiechac, znam ten uśmiech od 20 lat - przewalone... Kolejna próba - rozrusznik zaczyna kręcić szybciej i szybciej - Boże, przecież to nowy silnik, już powinien dawno odpalić, sekundy wloka się jak godziny... Jest! Odpalił - patrzymy na siebie z ulgą, silnik to oprócz napędu prąd na jachcie.

Na wachtę wstaje Kostek i po kilku godzinach snu od razu musi wyjść znowu na pokład. Ubieramy się i ruszamy do zdjęcia Genuy, ja wybieram szot na kabestanie, a Sławek luzuje fal przy maszcie. Nie mamy sterowności, więc musimy ją rzucać wypełnioną wiatrem - w świetle lamp salingowych widać, jak żagiel szamocze się na sztagu wygiętym jak cięciwa, kilka raks jest już wyrwanych z mięsem. Genua poddaje się trochę, szot jest już maksymalnie napięty, na dziób idzie Kostek i próbuje ściągać fałdy żagla, ja knaguję szot i dołączam na dziób. Fruwamy góra-dół, plączą się wąsy od pasów bezpieczeństwa, łapiemy żagiel i centymetr po centymetrze ciągniemy go w dół. Jest, udało się, leżę całym ciężarem ciała obejmując żagiel, Kostek mocuje kontrafał.

Morze jest już mocno wzburzone, a Stary niczym kaleka jest wystawiony teraz bez steru na wszystkie ciosy. Udaje nam się w końcu sklarować żagiel i wracamy do środka. Padam niczym trup na sztormiaki koło zejściówki, Sławek z Jackiem otwierają bakisty na rufie. Siłownik autopilota odkręcił się od kwadrantu (części steru). Ster jest w tej chwili kompletnie luźny i z ogromną siłą tlucze się z burty na burtę, co grozi poważną awarią. - Dajcie belkę - krzyczy Sławek. Gramolę się na pokład i odszukuję niewielką belkę, którą możemy zablokować przynajmniej prowizorycznie rozszalaly ster. Musimy jak najszybciej założyć ster awaryjny.

Wstaje Tomek i chociaż jest teraz kukiem, szybko ubrany wychodzi na pokład. Wyjmuje po kolei rzeczy z achterpiku, ja leżę rozpłaszczony na deku, zaklinowany między linami i podaje rzeczy do Sławka w zejściówce. Najpierw zamiana małej beleczki na siekierę, która ma zablokować ster. Teraz już szybko mamy zapasowy rumpel... Na deku mamy zasztalowane bardzo dużo rzeczy - 2 beczki po 200 litrów z paliwem, wózek do paralotni, części do pontonów, etc. Musimy wszystko przerzucić do środka. Podziwiam Tomka - szybko i sprawnie odpina pasy trzymające beczki i możemy przerzucać wózek do kokpitu. Po 30 minutach jesteśmy gotowi. W tym momencie od rufy przychodzi ogromna fala i wyrywa beczki z pasów, zaczyna się taniec z beczkami na Morzu Czukockim. Jakoś udaje nam się to w końcu powiązać i staramy się założyć rumpel. Wielowpust jest chroniony plastikowym kapturkiem na cybancie.

- Klucz 13, 15, 17 - Tomek przekrzykuje wiatr.
- Skalma klucz 13, 15, 17.
- Co?
- Klucz!

Odległość między każdym z nas nie jest większa, niż 1,5 metra. Po chwili dostajemy francuza i latarkę, ja świecę, Tomek próbuje coś działać. Niestety - potrzebujemy normalne klucze, 13 nie pasuje, 17 nie pasuje - jeszcze większy. - Skalma daj 19. Tomek podważa kapturek śrubokrętem i możemy założyć rumpel, młotkiem dobijamy drewnianą część i możemy sterować. Napięcia są ogromne i ledwo się da to utrzymać. Zapieram się o beczki i próbuje nadać Staremu jakiś kierunek. Tomek schodzi do środka i przypina mnie jeszcze do kolumny sterowej. Zostaje sam na pokładzie i steruje rumplem. Wiatr i fale są potężne, wieje 8-9 B, już świta i mogę teraz zobaczyc jak wielkie są fale. Sławek wychyla głowę z zejściówki: - Rób rufe! Łatwiej powiedzieć, niż zrobić, wychylenie steru przez zamocowane na pokładzie beczki nie przekracza 30 stopni, odpycham ster od siebie, ale siły są tak wielkie, że właściwie czuję się jak marionetka podpięta do rumpla. Jedna fala, druga, może teraz... uff, przechodzę magiczny moment i już jedziemy w przeciwnym kierunku, wielka fala przychodzi od lewej burty, zalewa cały pokład, czuję jak osuwam się na zawietrzną razem z beczkami o które próbuje się zablokować. Znowu mam wiatr z prawej i jeszcze raz próbuję przejść linię wiatru - raz, dwa, udalo się, zaczynamy jechać w dobrym kierunku - do brzegu około 30 mil.

Szary poranek powoli oświetla krajobraz dookoła, wiatr jest potężny, nad nami sklepione szarostalowe chmury i szare morze przetkane białymi wstęgami piany. Wygląda jakby prężyło mięśnie, falę wyginają się, co chwilę uderzając w lewą burtę Starego. Jęzory piany, jak żyły pędzą po falach. W ogóle czuję się dziwnie, pierwszy raz czuję niepokój na morzu, wcześniej nawet na Hornie nie miałem takich emocji. Po raz pierwszy też jesteśmy w takich warunkach na awaryjnym sterze. Na pokładzie krajobraz bitwy. Beczki ledwo trzymają się na pasach, ta pełna na prawej burcie leży na mojej prawej nodze, lewą blokuję ja podeszwą, przy większej fali muszę użyć wszystkich sił, żeby nie przewalała się na mnie. Wiatr i fale powyrywaly wiatrochrony z logami wyprawy, naszych patronów i mecenasów - wiatr wyje niemiłosiernie, jakby drwiąc sobie z naszych wysiłków... W kokpicie bałagan, wózek do paralotni, poplątane liny i pasy techniczne, na burcie, za chwilę wyrwie karnistry. Czuję ropę, jedna z beczek musi cieknąć. W tym całym obłędzie jakiś pozytywny znak - kołlo jachtu szybują dwie mewy, właściwie prawie nic sobie nie robią z szalejącej wichury, muskają wierzchołki fal krańcami skrzydeł i jakby ze zdziwieniem przyglądają się kalekiemu potworowi, który niczym widmo sunie pomiędzy falami. Zastanwiam się, ile jednostek w ogóle żegluje po tych rejonach - jachty możemy policzyć chyba z pamięci, nie widzimy tu żadnych statków, żadnej obecności człowieka. Morze Czukockie, idziemy półwiatrem, fale mają około 6-7 metrów wysokości, więc jazda przypomina lawirowanie w wąwozach, co jakiś czas przez pokład przelewa się fala.

Po godzinie wołam znowu do środka, ktoś musi wyjść i zablokować tańczące beczki, pasy poluzowały się na tyle, że nie jestem tego w stanie utrzymać nogami. Ze środka wychodzi Skalma i Kostek, przez około 20 minut z marnym skutkiem próbujemy uwiązać tańczącą bekę, krawat, pas techniczny. Beczka klinuje się wreszcie między relingien a nadbudówką, może jakoś wytrzyma. Kostek zmienia mnie przy sterze i po 2 i pół godzinach przemarznięty schodzę do środka. Tyle, co zdążę się rozebrać i wejść do koi - slyszę, jak Sławek znowu musi pomóc tym razem Kostkowi, beczka znowu się uwolniła, nie mam już sily, zasypiam momentalnie mimo hałasu silnika, wycia osłony, wiatru i przechyłów, mokry kalosz tlucze o bok koi, zapadam w sen.

Agnieszka budzi mnie po niecalych 4 godzinach, sterowanie na zewnątrz jest tak wycieńczające, że zarzuciliśmy rytm wacht i za sterem każdy stoi nie więcej, niż godzinę. Zakładam mokry kombinezon i pakuję się na pokład, Tomek schodzi na dół. Jest już spokojniej, można powiedzieć, że żeglujemy, chociaż wiatr i fale nie zesłabły. Gdy jesteśmy na szczycie fali widać już ląd i majaczące na nim budynki. Tym razem godzina mija spokojnie - znowu prężące mięśnie fale i białe żyły piany... Do tego w wygładzonej części fali smigają szkwały. Po godzinie docieramy w okolice przylądka Point Hope (Punkt Nadzieii) - ciekawe, dlaczego się tak nazywa - dla nas nazwa jest bardzo wymowna. Fala się uspokajają i pod samym brzegiem jedziemy w kierunku Nektona, który czeka na nas na kotwicy. Widzimy miasteczko Point Hope - nawet nie myślimy o zejściu - ciągle nie jesteśmy odprawieni, a tak miło by było na chwilę odpocząć... Dojeżdżamy do Nektona - Daniel proponuje nam stanięcie do ich burty, rzucamy cumy, odbijacze. Jesteśmy bezpieczni - Łukasz zaprasza nas na herbatę i kakao. Jesteśmy wykończeni i po szybkiej relacji awarii idziemy wszyscy spać.

Dominik Bac, 2006-09-17 (oprac. Marek Teluk)

hr-left

Uwaga! Relacja objęta jest prawami autorskimi. Nie można wykorzystywać jej treści bez zgody autora.

ostatnia aktualizacja: 2009-04-21, 07:56
wiadomosci-i-relacje  2007-07-17
shim
hr-right-blank
logo
Informacja prasowa
Już 3 sierpnia 2007 r.
odbędzie się uroczyste...
hr-right
logo
Informacja prasowa
W cztery lata od ostatniego
przepłynięcia z Panamy...
hr-right
dominik-bac
Relacja Dominika Baca
Golfito opuszczamy
w pośpiechu. Jesteśmy już...
hr-right-blank

nowe-zdjecia  2007-02-24
shim
hr-right-blank
galeria53
USA: Mariposa Grove
fot. Dominik Bac
Rozmiar: 36 pozycji
hr-right-blank

ktora-godzina   
shim
hr-right
 
sponsorzy główni
patroni medialni
sponsorzy oficjalni
patroni honorowi
organizator
sponsorzy specjalni
L. Jarzębski
Wojewoda
Śląski
F. Kuźnik
Rektor AE
w Katowicach
E. Knapik
Rektor AM
w Katowicach
M. Zembala
Dyrektor ŚCCS
w Zabrzu
W. Zieliński
Rektor PŚ
w Gliwicach
Z. Frankiewicz
Prezydent
miasta Gliwice
QNT Northwest Passage Jubilee Voyage
www.amundsen.pl

info@grupaoutdoor.com
credits www.sccs.zabrze.pl www.onet.pl www.splot.pl www.wats.com.pl www.komel.katowice.pl www.fotoland.pl www.ae.katowice.pl www.minova.pl www.navo.pl www.simradyachting.com www.am.katowice.pl www.jaudt.de www.chlebpolski.pl www.c-map.pl www.sony.pl www.polsteam.com.pl www.polsl.pl www.trenerzy.pl www.qnt.pl www.ursus.com.pl www.um.gliwice.pl www.katowice.uw.gov.pl www.alpinus.pl www.webasto-marine.com www.um.gliwice.pl www.floatcam.pl www.colmex.pl www.foton.kalisz.pl www.grupaoutdoor.com www.polsl.pl www.sew-eurodrive.pl www.nationalgeographic.pl www.splot.pl www.idziemy.net www.rzeczpospolita.pl www.polsteam.com.pl www.zagle.com.pl www.travelpr.pl www.peli.com.pl www.ae.katowice.pl